Kiedyś były dwie klasy dorożek w Warszawie: dorożki pierwszej klasy, z czerwono-żółtymi chorągiewkami, numery na latarniach miały czerwone, tablica z taksą na koźle czerwona, a liberia przewożącego granatowa.
Dorożki II klasy chorągiewki miały błękitno-białe, liberię piaskową, numery czarne na błękitnym tle.
A niech kto nie pomyli i na dorożkarza sałaty Dryndziarz nie powie, bo sałata to dorożka jednokonna, a drynda parokonna. Nie da się ukryć, że do trzech w świecie znanych rzeczy niepoprawnych: pijaństwa nałogowego, uporu kobiecego i marnotrawstwa jedynaków, komediopisarz warszawski, Edward Lubowski dolicza jako rasę niepoprawną dorożkarzy warszawskich, więc po takim fo pa batem przez plecy można zaliczyć, a wtedy, "ażeby trafić za nimi do ładu, potrzeba się uciekać do dwóch środków wypróbowanej doskonałości, a mianowicie:
1-o do interwencji władzy policyjnej, 2-o do ... portmonetki" :)
Spojrzyjcie na nią, gdy "niezajęta".
Z wolna się wlecze środkiem ulicy -
Łby pozwieszały chude konięta,
Których nie budzi batog woźnicy.
On sam się zdaje śpiący, zgnębiony,
Jakby mu nie w smak poszła "kwaterka",
I tylko wzrokiem na wszystkie strony,
Badawczo zerka ...
Lecz gdy się w budzie panicz rozeprze
(W dorożki dziejach rzecz niepowszednia)
Furda anglezy choćby najlepsze,
Furda najdroższe powozy z Wiednia.
Konie jak gryfy rwą się ku górze,
Pojazd w powietrze, zda się, uleci
A nos woźnicy w kurzawy chmurze
Jak rubin świeci!
Kiedyś Warszawa wybiła się na czołowe w Polsce miejsce w produkcji wszelkiego rodzaju pojazdów konnych.
I to nie tylko pod względem ilości, ale - co ważniejsze - jakości, solidności i elegancji.
Wyrabiano tu karety, kocze, najtyczanki, tarantasy, wolanty, faetony, wagnerki i szarabany, karykle i koczobryki, kiszki petersburskie i prelotki. Wreszcie - zwykłe bryki i bryczki.
Był czas, kiedy wieszczono ich koniec, ale znów, jak dawniej, spotykam je na ulicach jak z dalekiego Żoliborza jada na Starówkę.
I wróble wróciły.
Bo bez dorożek nie byłoby wróbli ...