Ostatnio Wielka Sztuka i to taka na poważnie, przez Ą i Ę zaatakowała mnie jak leciałem z Mariensztatu na plac Zamkowy ruchomymi schodami.
Zaatakowała skutecznie, nogi spętała i kazała popatrzeć, co też pani Monika Słomczyńska che mi poprzez swoje prace przekazać. Tak dokładnie, to rzuciło mi się w oczy coś na kształt Wisły i Wołgi spod dawnego Kina Oko, ale na to pani Monika sie raczej nie łapie.
I to nie dlatego, że, cytuję ...:
W jej pracach dominuje tematyka egzystencjalna, ze szczególnym
uwzględnieniem problemu zwycięstwa, porażki, przemijającej witalności.
Poszukiwania formalne oscylują wokół zagadnień równowagi mas i
kierunków, rozwinięcia fakturowego powierzchni, deformacji i stylizacji
oraz wizualnych właściwości użytych materiałów.
... tylko dlatego, że jak nas tą Wisłą i Wołgą raczyła pani Teresa Brzóskiewicz, to nie tylko przyjaźń polsko-radziecka kwitła, a wraz z nią Towarzystwo, ale jeszcze pani Monika na stojący pod szafę wchodziła i nie w głowie jej było struganie w gipsie lub betonie, o żywicach sztucznych nie wspominając.
A dziś, proszę ... :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stare Miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stare Miasto. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 stycznia 2015
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Katarynka
Niech was nie zwiodą dźwięki słyszane na Rynku Starego Miasta.
Katarynka gra, ale dziś na konto Pana Bota.
Jest i papuga.
Katarynka gra, ale dziś na konto Pana Bota.
Jest i papuga.
wtorek, 8 kwietnia 2014
W podziemiach Matki Bożej Łaskawej
Podobno dwa grzybki w barszcz to niedobrze, ale tym razem warto było.
Przy okazji odbywającej się wystawy ikon Maryjnych zajrzałem do podziemi kościoła jezuitów - szczerze mówiąc nie wiem, czy na co dzień też tam można zaglądać - no i, przy lekkim zdziwieniu pilnującej wystawy Pani, równie dużą uwagę co ikonom poswięciłem znajdującym się tam róznistym artefaktom, poutykanym po kątach.
Niestety, kaplica poświęcona harcerzom (to chyba tak się nazywało) nie była dostępna, ale Pani pozwoliła mi zajrzeć i przez krzesła zrobić zdjęcie.
Ikony też były fajne. Polecam :)
Przy okazji odbywającej się wystawy ikon Maryjnych zajrzałem do podziemi kościoła jezuitów - szczerze mówiąc nie wiem, czy na co dzień też tam można zaglądać - no i, przy lekkim zdziwieniu pilnującej wystawy Pani, równie dużą uwagę co ikonom poswięciłem znajdującym się tam róznistym artefaktom, poutykanym po kątach.
Niestety, kaplica poświęcona harcerzom (to chyba tak się nazywało) nie była dostępna, ale Pani pozwoliła mi zajrzeć i przez krzesła zrobić zdjęcie.
Ikony też były fajne. Polecam :)
piątek, 27 grudnia 2013
Warszawskie dorożki
Kiedyś były dwie klasy dorożek w Warszawie: dorożki pierwszej klasy, z czerwono-żółtymi chorągiewkami, numery na latarniach miały czerwone, tablica z taksą na koźle czerwona, a liberia przewożącego granatowa.
Dorożki II klasy chorągiewki miały błękitno-białe, liberię piaskową, numery czarne na błękitnym tle.
A niech kto nie pomyli i na dorożkarza sałaty Dryndziarz nie powie, bo sałata to dorożka jednokonna, a drynda parokonna. Nie da się ukryć, że do trzech w świecie znanych rzeczy niepoprawnych: pijaństwa nałogowego, uporu kobiecego i marnotrawstwa jedynaków, komediopisarz warszawski, Edward Lubowski dolicza jako rasę niepoprawną dorożkarzy warszawskich, więc po takim fo pa batem przez plecy można zaliczyć, a wtedy, "ażeby trafić za nimi do ładu, potrzeba się uciekać do dwóch środków wypróbowanej doskonałości, a mianowicie:
1-o do interwencji władzy policyjnej, 2-o do ... portmonetki" :)
Spojrzyjcie na nią, gdy "niezajęta".
Z wolna się wlecze środkiem ulicy -
Łby pozwieszały chude konięta,
Których nie budzi batog woźnicy.
On sam się zdaje śpiący, zgnębiony,
Jakby mu nie w smak poszła "kwaterka",
I tylko wzrokiem na wszystkie strony,
Badawczo zerka ...
Lecz gdy się w budzie panicz rozeprze
(W dorożki dziejach rzecz niepowszednia)
Furda anglezy choćby najlepsze,
Furda najdroższe powozy z Wiednia.
Konie jak gryfy rwą się ku górze,
Pojazd w powietrze, zda się, uleci
A nos woźnicy w kurzawy chmurze
Jak rubin świeci!
Kiedyś Warszawa wybiła się na czołowe w Polsce miejsce w produkcji wszelkiego rodzaju pojazdów konnych.
I to nie tylko pod względem ilości, ale - co ważniejsze - jakości, solidności i elegancji.
Wyrabiano tu karety, kocze, najtyczanki, tarantasy, wolanty, faetony, wagnerki i szarabany, karykle i koczobryki, kiszki petersburskie i prelotki. Wreszcie - zwykłe bryki i bryczki.
Był czas, kiedy wieszczono ich koniec, ale znów, jak dawniej, spotykam je na ulicach jak z dalekiego Żoliborza jada na Starówkę.
I wróble wróciły.
Bo bez dorożek nie byłoby wróbli ...
Dorożki II klasy chorągiewki miały błękitno-białe, liberię piaskową, numery czarne na błękitnym tle.
A niech kto nie pomyli i na dorożkarza sałaty Dryndziarz nie powie, bo sałata to dorożka jednokonna, a drynda parokonna. Nie da się ukryć, że do trzech w świecie znanych rzeczy niepoprawnych: pijaństwa nałogowego, uporu kobiecego i marnotrawstwa jedynaków, komediopisarz warszawski, Edward Lubowski dolicza jako rasę niepoprawną dorożkarzy warszawskich, więc po takim fo pa batem przez plecy można zaliczyć, a wtedy, "ażeby trafić za nimi do ładu, potrzeba się uciekać do dwóch środków wypróbowanej doskonałości, a mianowicie:
1-o do interwencji władzy policyjnej, 2-o do ... portmonetki" :)
Spojrzyjcie na nią, gdy "niezajęta".
Z wolna się wlecze środkiem ulicy -
Łby pozwieszały chude konięta,
Których nie budzi batog woźnicy.
On sam się zdaje śpiący, zgnębiony,
Jakby mu nie w smak poszła "kwaterka",
I tylko wzrokiem na wszystkie strony,
Badawczo zerka ...
Lecz gdy się w budzie panicz rozeprze
(W dorożki dziejach rzecz niepowszednia)
Furda anglezy choćby najlepsze,
Furda najdroższe powozy z Wiednia.
Konie jak gryfy rwą się ku górze,
Pojazd w powietrze, zda się, uleci
A nos woźnicy w kurzawy chmurze
Jak rubin świeci!
Kiedyś Warszawa wybiła się na czołowe w Polsce miejsce w produkcji wszelkiego rodzaju pojazdów konnych.
I to nie tylko pod względem ilości, ale - co ważniejsze - jakości, solidności i elegancji.
Wyrabiano tu karety, kocze, najtyczanki, tarantasy, wolanty, faetony, wagnerki i szarabany, karykle i koczobryki, kiszki petersburskie i prelotki. Wreszcie - zwykłe bryki i bryczki.
Był czas, kiedy wieszczono ich koniec, ale znów, jak dawniej, spotykam je na ulicach jak z dalekiego Żoliborza jada na Starówkę.
I wróble wróciły.
Bo bez dorożek nie byłoby wróbli ...
niedziela, 1 września 2013
Wygnańcy
Premiera
wystawy „Wygnańcy" miała miejsce 4 marca 2008 r. w Parlamencie
Europejskim w Brukseli; następnie pokazywana była także we Francji i w
Niemczech. Jej autorami są, między innymi, Kazimierz Wóycicki, Agnieszka
Rudzińska, Łukasz Kamiński, Andrzej K. Kunert, Anna Piekarska i Paweł
Rokicki.
Jeszcze przed wybuchem wojny Niemcy zaplanowali wysiedlenia Polaków, mając na celu zdobycie przestrzeni życiowej (Lebensraum). Realizację tego planu agresorzy rozpoczęli podczas działań wojennych we wrześniu 1939 r. Łącznie z inkorporowanych terytoriów wypędzono ponad 900 tys. Polaków. Na ich miejsce sprowadzono osadników niemieckich.
W tym samym czasie władze sowieckie przeprowadziły cztery wielkie akcje deportacyjne, w wyniku których w głąb ZSRS przesiedlono ponad 320 tys. obywateli polskich. W 1941 r., po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, wszystkie ziemie polskie znalazły się pod niemiecką okupacją. Opracowano wówczas Generalny plan wschodni (Generalplan Ost), który zakładał wysiedlenie z Europy większości narodów słowiańskich, w tym Polaków. Tych dalekosiężnych planów nie zrealizowano w całości, podejmowano jednak próby. Ich symbolem pozostaje wysiedlenie mieszkańców Zamojszczyzny, rozpoczęte w listopadzie 1942 r. Podczas tej akcji deportowano ponad 110 tys. Polaków. Na ich miejsce sprowadzono 12 tys. osadników niemieckich. Najbardziej tragicznym elementem tej operacji było odebranie rodzicom około 4,5 tys. dzieci, które później poddano germanizacji.
Deportacje były narzędziem w realizacji zbrodniczej polityki Niemiec, stosowanym w czasie Zagłady wobec milionów Żydów oraz podczas masowych wywózek obywateli polskich do pracy przymusowej na rzecz Niemiec (ogółem 2 mln 857 tys. osób). Także po klęsce powstania warszawskiego Niemcy wypędzili ze stolicy Polski pół miliona jej mieszkańców. Wkroczenie Armii Czerwonej na ziemie polskie w 1944 r. spowodowało kolejne represje. Do obozów w ZSRS wywieziono kilkadziesiąt tysięcy osób, głównie żołnierzy Armii Krajowej, ale także Polaków i Niemców z Pomorza i Śląska.
Tragiczne losy przymusowych przesiedleńców pozostają w cieniu innych zbrodni. Miliony ludzi zginęły w wyniku Holocaustu, setki tysięcy zamordowano w niemieckich obozach koncentracyjnych i sowieckim gułagu. Pamięć jesteśmy jednak winni wszystkim ofiarom II wojny światowej. Tylko dzięki pamięci możliwe jest zrozumienie trudnych losów Europy w XX wieku oraz prawdziwe pojednanie.
~ za: IPN na Zamku Królewskim
Jeszcze przed wybuchem wojny Niemcy zaplanowali wysiedlenia Polaków, mając na celu zdobycie przestrzeni życiowej (Lebensraum). Realizację tego planu agresorzy rozpoczęli podczas działań wojennych we wrześniu 1939 r. Łącznie z inkorporowanych terytoriów wypędzono ponad 900 tys. Polaków. Na ich miejsce sprowadzono osadników niemieckich.
W tym samym czasie władze sowieckie przeprowadziły cztery wielkie akcje deportacyjne, w wyniku których w głąb ZSRS przesiedlono ponad 320 tys. obywateli polskich. W 1941 r., po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, wszystkie ziemie polskie znalazły się pod niemiecką okupacją. Opracowano wówczas Generalny plan wschodni (Generalplan Ost), który zakładał wysiedlenie z Europy większości narodów słowiańskich, w tym Polaków. Tych dalekosiężnych planów nie zrealizowano w całości, podejmowano jednak próby. Ich symbolem pozostaje wysiedlenie mieszkańców Zamojszczyzny, rozpoczęte w listopadzie 1942 r. Podczas tej akcji deportowano ponad 110 tys. Polaków. Na ich miejsce sprowadzono 12 tys. osadników niemieckich. Najbardziej tragicznym elementem tej operacji było odebranie rodzicom około 4,5 tys. dzieci, które później poddano germanizacji.
Deportacje były narzędziem w realizacji zbrodniczej polityki Niemiec, stosowanym w czasie Zagłady wobec milionów Żydów oraz podczas masowych wywózek obywateli polskich do pracy przymusowej na rzecz Niemiec (ogółem 2 mln 857 tys. osób). Także po klęsce powstania warszawskiego Niemcy wypędzili ze stolicy Polski pół miliona jej mieszkańców. Wkroczenie Armii Czerwonej na ziemie polskie w 1944 r. spowodowało kolejne represje. Do obozów w ZSRS wywieziono kilkadziesiąt tysięcy osób, głównie żołnierzy Armii Krajowej, ale także Polaków i Niemców z Pomorza i Śląska.
Zakończenie II wojny światowej nie położyło kresu
przymusowym migracjom. Zagarnięcie blisko połowy terytorium Polski przez
ZSRS wymusiło kolejne masowe ruchy ludności. Do Polski w jej nowych
granicach przesiedlono z Kresów ponad 1,2 mln Polaków, zaś 270 tys.
repatriowano z głębi Związku Sowieckiego. Do ZSRS przesiedlono z kolei
kilkadziesiąt tysięcy Litwinów i Białorusinów, oraz blisko pół miliona
Ukraińców.
Na mocy umów międzynarodowych
wysiedlono Niemców z ziem przyznanych Polsce podczas konferencji w
Poczdamie. Już wcześniej ok. 4 mln Niemców uciekło przed zbliżającym się
frontem. Do końca 1947 r. do brytyjskiej i sowieckiej stref
okupacyjnych przesiedlono dalsze 3,3 mln Niemców. Wiosną 1947 r., w
ramach akcji „Wisła”, władze komunistyczne wysiedliły z
południowo-wschodniej Polski 140 tys. Ukraińców, usprawiedliwiając to
koniecznością likwidacji oddziałów partyzanckich Ukraińskiej Armii
Powstańczej (UPA).
Narzucenie Polsce reżimu
komunistycznego zmusiło około pół miliona jej obywateli do pozostania na
emigracji na Zachodzie. Ostatnia zaś fala masowych migracji przypadła
na lata 1956–1959, gdy z ZSRS wróciło 250 tys. osób, wśród nich zesłańcy
i łagiernicy. Tragiczne losy przymusowych przesiedleńców pozostają w cieniu innych zbrodni. Miliony ludzi zginęły w wyniku Holocaustu, setki tysięcy zamordowano w niemieckich obozach koncentracyjnych i sowieckim gułagu. Pamięć jesteśmy jednak winni wszystkim ofiarom II wojny światowej. Tylko dzięki pamięci możliwe jest zrozumienie trudnych losów Europy w XX wieku oraz prawdziwe pojednanie.
~ za: IPN na Zamku Królewskim
Pamięć jest wspólna
niedziela, 18 sierpnia 2013
Jan Zachwatowicz
Niedawno minęła 60 rocznica odbudowy Starówki, dziś mija 30 lat od śmierci autora tejże odbudowy.
- Ojciec już przed wojną zasłynął z odsłonięcia murów obronnych Warszawy. Przez kilka stuleci były schowane w ścianach kamienic, które od XVII w. budowano wzdłuż dawnej fosy. Kiedy po wojnie trwała odbudowa Starego Miasta, marzył o rekonstrukcji znacznie większej partii murów miejskich, ale to akurat nie podobało się Bolesławowi Bierutowi i członkom Komitetu Centralnego PZPR. Bali się, że zza takich murów mogą się bronić demonstranci. Z KC szły więc monity, by mury rozebrać - opowiada Krystyna Zachwatowicz-Wajda, córka profesora.
Architekt miał na to odpowiedź. Przypomniał, że jak się mury zburzy, to odsłonią się staromiejskie kościoły. Na to usłyszał, że w takim razie w miejscu murów posadzi się wysokie drzewa i krzewy. - "Już to gdzieś widziałem. Taki zabieg stosował Mussolini w Rzymie" - odpowiedział fortelem ojciec. I mury przetrwały - śmieje się jego córka.
Kilka dni po wybuchu powstania warszawskiego spotkał się z adwokatem Edwardem Quirnim, rejonowym delegatem rządu na Warszawę Południe. Ten powierzył Zachwatowiczowi funkcję pełnomocnika do zabezpieczenia dóbr kultury na terenie starostwa na południe od Alej Jerozolimskich. Kiedy wokół świstały kule, z narażeniem życia ratował księgozbiory, archiwa i kolekcje dzieł sztuki. Robił to też po kapitulacji powstania, uczestnicząc w organizowanych przez dyrektora Muzeum Narodowego Stanisława Lorentza wyprawach z Podkowy Leśnej do opustoszałej Warszawy. Do 17 stycznia 1945 r. takich wypraw było kilka.
Jan Zachwatowicz mniej znany jest jako architekt, choć niemal wszyscy Polacy znają jeden z jego obiektów. To wartownia na Westerplatte. Zaprojektował ją kilka lat przed wojną. Silnie umocniony obiekt dla niepoznaki na zewnątrz przypominał zwykły budynek w stylu zmodernizowanego renesansu polskiego. Ciekawe, że sam Zachwatowicz nie miał pojęcia, gdzie jego projekt jest realizowany. Zobaczył go dopiero po upadku Polski w 1939 r. na niemieckich zdjęciach z walk o Westerplatte.
Tekst za: warszawa.gazeta.pl
Zdjęcia: wystawa plenerowa Od Pasażu Simonsa do Placu Krasińskich
- Ojciec już przed wojną zasłynął z odsłonięcia murów obronnych Warszawy. Przez kilka stuleci były schowane w ścianach kamienic, które od XVII w. budowano wzdłuż dawnej fosy. Kiedy po wojnie trwała odbudowa Starego Miasta, marzył o rekonstrukcji znacznie większej partii murów miejskich, ale to akurat nie podobało się Bolesławowi Bierutowi i członkom Komitetu Centralnego PZPR. Bali się, że zza takich murów mogą się bronić demonstranci. Z KC szły więc monity, by mury rozebrać - opowiada Krystyna Zachwatowicz-Wajda, córka profesora.
Architekt miał na to odpowiedź. Przypomniał, że jak się mury zburzy, to odsłonią się staromiejskie kościoły. Na to usłyszał, że w takim razie w miejscu murów posadzi się wysokie drzewa i krzewy. - "Już to gdzieś widziałem. Taki zabieg stosował Mussolini w Rzymie" - odpowiedział fortelem ojciec. I mury przetrwały - śmieje się jego córka.
Kilka dni po wybuchu powstania warszawskiego spotkał się z adwokatem Edwardem Quirnim, rejonowym delegatem rządu na Warszawę Południe. Ten powierzył Zachwatowiczowi funkcję pełnomocnika do zabezpieczenia dóbr kultury na terenie starostwa na południe od Alej Jerozolimskich. Kiedy wokół świstały kule, z narażeniem życia ratował księgozbiory, archiwa i kolekcje dzieł sztuki. Robił to też po kapitulacji powstania, uczestnicząc w organizowanych przez dyrektora Muzeum Narodowego Stanisława Lorentza wyprawach z Podkowy Leśnej do opustoszałej Warszawy. Do 17 stycznia 1945 r. takich wypraw było kilka.
Jan Zachwatowicz mniej znany jest jako architekt, choć niemal wszyscy Polacy znają jeden z jego obiektów. To wartownia na Westerplatte. Zaprojektował ją kilka lat przed wojną. Silnie umocniony obiekt dla niepoznaki na zewnątrz przypominał zwykły budynek w stylu zmodernizowanego renesansu polskiego. Ciekawe, że sam Zachwatowicz nie miał pojęcia, gdzie jego projekt jest realizowany. Zobaczył go dopiero po upadku Polski w 1939 r. na niemieckich zdjęciach z walk o Westerplatte.
Jan Zachwatowicz 4 marca 1900 - 18 sierpnia 1983 [*]
Tekst za: warszawa.gazeta.pl
Zdjęcia: wystawa plenerowa Od Pasażu Simonsa do Placu Krasińskich
Subskrybuj:
Posty (Atom)